Nie znasz dnia ani godziny, czyli dlaczego warto trzymać się standardów

Może i Dobry słownik jest słownikiem popularnonaukowym, komercyjnym, tworzonym przez trójkę doktorów zapaleńców, ale nie oznacza to, że nie można o jego naukowych podstawach opowiedzieć na konferencji naukowej. Tak, nadszedł czas na debiut. Przez duże D. Kto by się jednak spodziewał, że konferencja ta przyniesie weryfikację
standardów przyjętych w Dobrym słowniku.

Niektórzy twierdzą, że działalność popularnonaukowa nie ma wiele wspólnego (powstań!) z Nauką (spocznij!). Trochę w tym racji jest — osoby znane publicznie z popularyzowania różnych dyscyplin dorobek naukowy nieraz mają przeciętny. Ale z drugiej strony, jeśli wybitny naukowiec nie potrafi w prosty sposób opowiedzieć o swoich badaniach i osiągnięciach swojej dyscypliny, to chyba też nie najlepiej o nim świadczy, jako o człowieku ogólnie wykształconym.

O Dobrym słowniku mówimy, np. w wywiadach, że to projekt „popularnonaukowy o podstawach naukowych”. Ileś publikacji w swoim życiu przygotowaliśmy, jakieś doktoraty pobroniliśmy, przy jakichś słownikach pracowaliśmy. Nie jesteśmy przypadkowymi osobami zainteresowanymi językiem, które postanowiły zrobić stronkę, żeby dzielić się swoją pasją do języka przez powtarzanie nieaktualnych informacji ze słowników drukowanych. Stworzyliśmy serwis, w którym chcemy się przede wszystkim dzielić naszą profesjonalną wiedzą o języku. Ale w sposób przystępny.

Jednym z największych problemów w projektach słownikowych — także w Dobrym słowniku — jest kontrola jakości. Niby zawsze autorzy (kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu, kilkuset…) pracują według jednej instrukcji (drukuje się ją raz na rok, bo trzeba wynająć cały wagon towarowy, żeby ją przewieźć PKP). Niby ich praca jest sprawdzana przez nad-, super- i megaredaktorów, a i tak zdarzają się błędy. Dlaczego?

Głównie dlatego, że od słownika raczej nie zależy niczyje życie (pamiętacie to sięganie do karty pacjenta?). Na przykład samoloty są zdecydowanie bardziej skomplikowanymi konstrukcjami niż słowniki, a mimo wszystko poważne błędy konstrukcyjne lub serwisowe (takie, które spowodują katastrofę) zdarzają się bardzo rzadko. Za to w przeciętnym słowniku — co artykuł hasłowy, to jakiś błąd. Często katastrofalny. Być może jedyny wymiar finansowy niedoróbek słownikowych wiąże się ze sporami sądowymi, w których strony, przywołując różne definicje słownikowe, walczą o duże pieniądze. Na przykład, czy ktoś kogoś obraził, mówiąc „ty ośle”. Może kiedyś o tym napiszemy. Tymczasem…

O, KONFERENCJO!

Po kilku latach tworzenia serwisu i po prawie dwóch latach jego działania w Internecie uznaliśmy, że wreszcie nadszedł wiekopomny moment oficjalnego ogłoszenia w świecie naukowym, że „coś takiego jest”. W tym roku akurat odbywa się wiele ważnych konferencji naukowych o odpowiedniej tematyce. Planowaliśmy pojawić się na konferencji organizowanej przez prof. Pitolińskiego w Heidelbergu, ale odwołał ją z powodu wstydu i łakomstwa: po prostu zjadł wszystkie darmowe pączki. A wiadomo, że poloniści nie pojadą tam, gdzie wyżerki nie ma. Ostatecznie trafiliśmy więc na Uniwersytet Warszawski na jubileuszową (40-lecie) konferencję Instytutu Języka Polskiego poświęconą nowym kierunkom i zadaniom w badaniach nad językiem polskim. (Tak, tak, ciekawskim dopowiadam, że bankiet był).

W ten sposób w programie konferencji „Język jest labiryntem ścieżek. Nowe kierunki i nowe zadania w badaniach nad językiem polskim” (Warszawa 18–19 czerwca 2016 r.) wśród blisko 70 referatów znalazło się również wystąpienie pt. „Dobry słownik jako nowy typ słownika języka polskiego”. Jako że każde wystąpienie mogło mieć najwyżej 20 minut, wiadomo było, że wiele nie powiemy. Najwyżej kilka słów o projekcie i o tym, co dla każdego użytkownika Dobrego słownika jest oczywiste i bez żadnych referatów — że nowym pomysłem jest połączenie słownika poprawnej polszczyzny z poradnią językową i „szycie” słownika na miarę pod potrzeby użytkowników.

KONFERENCYJNE ZDZIWKO

Muszę przyznać, że na niejednej konferencji byłem i niejeden referat przedstawiałem, ale obrót spraw tym razem mnie zaskoczył. Po pierwsze, mimo że obrady toczyły się w sekcjach (w tym momencie konferencji akurat w trzech), na sali pojawiło się kilkadziesiąt osób. Po drugie, część z nich przyszła specjalnie „na Dobry słownik”, choć w sekcji były zaplanowane też dwa inne referaty. Pierwsze wyjście z mroku naszego słownika wzbudziło autentyczne zainteresowanie wielu osób. A po trzecie, okazało się, że od pewnego czasu byliśmy obiektem obserwacji.

Otóż prof. Zygmunt Saloni wraz z grupą studentów Uniwersytetu Warszawskiego zadawali nam przez poradnię językową pytania, żeby sprawdzić, czy jakość dobrosłownikowych porad językowych jest (sic!) dobra. Ci tajni weryfikatorzy naszego dzieła jakiś czas temu wpuścili do Dobrego słownika tajemniczego klienta, testera, kreta… Z naszej strony widzieliśmy tylko zainteresowanego i dociekliwego abonenta, a po drugiej stronie czekali na naszą wpadkę. Czy się doczekali? Jasne, że tak! W dyskusji po referacie prof. Saloni zdradził kulisy swojej prowokacji i przyznał, że zawsze z pytaniami radziliśmy sobie bardzo dobrze — z jednym wyjątkiem. W odpowiedzi na pytanie o odmianę czasowników typu mleć, pleć i pokrewnych napisaliśmy informację poprawnościową, w której znalazł się m.in. taki fragment:

Dziś wygląda to bardzo nieproporcjonalnie, ponieważ pielił jest powszechne, a plił, pleł w ogólnej polszczyźnie niespotykane (obecne co najwyżej w gwarach).

Kolejne pytanie zadane przez grupę prof. Saloniego brzmiało:

Czy połączenie wyrazowe „(coś) wygląda nieproporcjonalnie” zasługuje na akceptację? Wydaje mi się, że „nieproporcjonalnie” może wystąpić jako określenie przymiotnika lub innego przysłówka (tak jak chociażby w przykładach zacytowanych przez Doroszewskiego).

Na co odpowiedzieliśmy m.in.:

Przychylamy się do przedstawionego poglądu.

Czyli pierwotna odpowiedź była ok, tylko że z użyciem nie do końca szczęśliwego połączenia wyrazowego. Ale nawiązania do tego błędu byliśmy nieświadomi w kolejnym otrzymanym pytaniu, o czym świadczy ostatnie zdanie z tej informacji poprawnościowej.

Tak czy owak odpowiedzialni za to niedopatrzenie redaktorzy stracili kwartalną premię i dostali karę godzinnego klęczenia na grochu. A mówiąc serio, to rzeczywiście w tym detalu sobie zaprzeczyliśmy. Ale przecież jednocześnie opracowaliśmy odmianę form czasowników, które od dawna w języku polskim są problematyczne i stanowią pułapkę na studentów filologii polskiej na zajęciach z kultury języka. Co więcej, nasza odpowiedź nie wzbudziła kontrowersji i sprzeciwu prof. Saloniego — najwybitniejszego znawcy odmiany polskiego czasownika i w ogóle polskiej fleksji, twórcy słownika „Czasownik polski” oraz współtwórcy „Słownika gramatycznego języka polskiego”.

konferencja

STANDARDY, STANDARDÓW, STANDARDOM…

W słownikach są błędne informacje, bo zbyt mało czasu poświęca się na sprawdzanie ich treści, a redaktorzy haseł to czasem przypadkowe osoby. W Dobrym słowniku przypadkowych osób nie ma, ale też redaktorów jest tylko trzech (choć, hmm, dobrych!). Żeby haseł przybywało, a ich jakość była dobra, musieliśmy przyjąć (a jakże!) dobry system pracy.

Wytyczyliśmy sobie przy tym trudniejszą ścieżkę, zamiast iść na łatwiznę. Weryfikujemy wszystkie informacje językowe, zawzięcie badamy uzus (zwłaszcza kulturalny). Gdy decydujemy się na rozwiązanie inne od dotychczasowej linii, zaznaczamy to zawsze w naszym opisie. Zresztą gdy uznajemy, że dotychczasowe rozwiązania są właściwe i się z nimi zgadzamy, też o tym piszemy. Nie będziemy przecież udawać, że wyważyliśmy otwarte drzwi.

Nieco jakości staraliśmy się dodać nie tylko poradom poprawnościowym, ale też przykładom użycia czy tabelkom odmiany rzeczowników.

I nie odpuszczamy. Każda nowa treść w Dobrym słowniku jest docelowo czytana przez wszystkich redaktorów. Nawet jeśli już została opublikowana. Także czas, w którym odpowiadamy na pytania zadane w poradni, służy temu, by każdy z redaktorów mógł skonsultować odpowiedź.

Wielu słuchaczy konferencji dopiero z prezentacji (a właściwie z jej tytułu umieszczonego w programie konferencji) dowiedziało się, że istnieje coś takiego jak Dobry słownik. Tego się spodziewaliśmy. Ale nie spodziewaliśmy się, że chwilę po prezentacji otrzymamy komunikat: „Znamy, już nawet Was przetestowaliśmy, zaliczyliście drobną wpadkę, ale ogólnie jest bardzo dobrze!”.

To, co robisz (i jak to robisz) — do ciebie wróci i albo kopnie cię w tyłek, albo da buziaka w policzek. Te warianty przyszłości kodujesz już dziś.

Poniżej komentują tylko osoby, którym słowa wulgarność, hejterstwo, czepialstwo, spamowanie są znane wyłącznie z definicji w Dobrym słowniku. Inni muszą wiedzieć, że mamy nożyczki i nie zawahamy się ich użyć.

  • Maria Filipowicz

    Z wywiadu „O językowych kąskach na talerzu i na blogu.”

    Zdradzę Pani, że dwa i pół roku temu zapisałem w pożądanym profilu poszukiwanego redaktora punkt „ma otwarty umysł, poczucie humoru i wyczucie językowe”.

    No to ja też coś zdradzę. Uważam, że Dobry słownik wprowadził kategorię „poczucie humoru” do standardów naukowych. Howgh!

  • VistulaFlisak

    Dotyczy drugiego akapitu, w szczególności zaś „… jeśli wybitny naukowiec nie potrafi w prosty sposób opowiedzieć o swoich …”.
    Podobno autentyczne. Redaktor pisma popularnonaukowego do Alberta Einsteina:
    – Panie profesorze, czy da się teorię względności wytłumaczyć „na chłopski rozum”?
    – Pewnie się da, ale do tego trzeba być Zweisteinem, albo nawet Dreisteinem.
    A to już dowcip. Stary belfer fizyki z gimnazjum do swojego syna, doktoranta fizyki:
    – Czy możesz mi wytłumaczyć, jak to jest z tą przestrzenią czterowymiarową? Głupio tak jakoś fizykowi umrzeć nie rozumiejąc, o czym wy – młodzi – gadacie.
    – Tato, to jest dziecinnie proste. Bierzesz przestrzeń n-wymiarową i przyjmujesz n=4.