okiem smakosza

Co się stało 17 września?

Wiemy przecież, co się stało 1 września. Niemieckie wojska III Rzeszy (choć niektórzy woleliby mówić „nazistowskie”, przylatujące z kosmosu i odlatujące potem w latających spodkach) napadły na Polskę. A co się wydarzyło 17 września 1939 roku od wschodu?

Nie jest ten 17 września rocznicą jakoś bardzo wspominaną. Polacy urządzają uroczystości i zapraszają prezydentów USA na okrągłe rocznice 1 września, by w ogóle przypomnieć, że II wojna światowa rozpoczęła się od napaści hitlerowski Niemiec na Polskę. A nie np. od ataku Japończyków na Pearl Harbor. Albo nie od — jak chciała tego narracja sowiecka — od ataku Niemiec na ZSRR 22 czerwca 1941 roku.

Jeśli więc wspominamy 17 września, to narracja sowiecka głosiła, że mieliśmy do czynienia z wyzwoleńczym pochodem Armii Czerwonej (освободительный поход РККА). Do dziś zresztą w Rosji określa się to pochodem, może już nie tyle wyzwoleńczym, co polskim.

A w Polsce? Bardzo długo, standardowo w PRL-u, mówiło się (a i dziś w podręcznikach historii to się zdarza), że Armia Czerwona do nas wkroczyła. Przyszła bowiem chronić życie i mienie Białorusinów i Ukraińców. A wobec głoszonego rozpadu państwa polskiego przyszła też chronić ludność polską przed wojną! Nie do wiary? Tak to zostało podane m.in. w notatce dyplomatycznej przekazanej polskiemu ambasadorowi w nocy z 16 na 17 września.

To wszystko, czyli zarówno napaść niemiecka z 1 września, jak i napaść radziecka z 17 września, działo się oczywiście bez formalnego wypowiedzenia wojny. Choć pierwszy artykuł III konwencji haskiej z 1907 roku stanowił jasno, że

Układające się mocarstwa uznają, iż kroki wojenne między nimi nie powinny się rozpoczynać bez uprzedniego i niedwuznacznego zawiadomienia, które będzie mieć formę bądź umotywowanego wypowiedzenia wojny, bądź formę ultimatum z warunkowym wypowiedzeniem wojny.

A kto na nas we wrześniu 1939 roku napadł? Wiemy, że III Rzesza i Związek Sowiecki. Ale III Rzesza miała wtedy malutkiego alianta, niejaką Republikę Słowacką, która też do nas zawitała od strony Koszyc. To oczywiście skomplikowana historia, tu ją tylko zaznaczamy, bo to nie blog historyczny. Ale mieliśmy też, przynajmniej pod względem prawnym, czwartego agresora. I to nawet pierwszego w kolejności…

Zanim jeszcze krążownik liniowy Schleswig-Holstein oddał pierwsze strzały, to strzelały oddziały Wolnego Miasta Gdańska. Wolne Miasto Gdańsk było zaś wtedy niezależnym podmiotem prawa międzynarodowego. I choć było atrapą państwowości, to nazwę miało taką piękną… Tak określoną w traktacie wersalskim, żeby Niemcom Gdańska nie zabierać, a Polsce go nie przyznać.

Wojna na nazwy, etykiety i określenia nieodłącznie związana jest historią II wojny światowej. I dziś też jesteśmy świadkami takich wojen i wojenek. Inne słowo stwarza zupełnie odmienną ramę interpretacyjną, decyduje o tym, jak zdarzenie jest rozumiane i w efekcie, jakie środki należy przedsięwziąć. I gdy znów wojska rosyjskie gdzieś „wkraczają”, czytaj: na wschodnią Ukrainę, to jedni chcą mówić o „inwazji”, a inni tylko o „konflikcie”, a może o „intensyfikacji obecności wojsk w strefie przygranicznej”. Gdy dochodzi do zestrzelenia samolotu malezyjskich linii lotniczych, to słyszymy albo o „zbrodni wojennej”, albo o  „nieszczęśliwym wypadku”.

I tak dalej się to toczy. Masowe mordy bywają czystkami etnicznymi, wojny — konfliktami zbrojnymi, a głód — brakiem zrównoważonego rozwoju.

Najnowsze komentarze