Co słowniki wiedzą lepiej (i dlaczego to niewiele znaczy)

Moja żona w piątym miesiącu ciąży trafiła do szpitala. Sprawa nie była bardzo poważna (choć w ciąży to zawsze lepiej chuchać), gorzej, że wcześniej przez parę dni była leczona na co innego. Lekarze to łatwy cel i pewnie macie swoje doświadczenia, z których można by zebrać książkę. Przyznam jednak, że ta drobna historia poniżej bije wszelkie dowcipy czarnego humoru.

HISTORIA SZPITALNA

Na oddziały patologii ciąży, ginekologii septycznej (ten nazywam „ginekologii sceptycznej”), trafiają kobiety z przeróżnymi chorobami, zagrożeniami i w różnych tygodniach ciąży. Moja Asia leżała pierwszego dnia z trzema współtowarzyszkami, z czego dwie były bliskie rozwiązania. Takie miejsca są kłębkiem różnych emocji i trzeba umieć się w tym odnaleźć.

W środku pierwszej nocy zapaliło się światło, raban, zabrali jedną dziewczynę. Rodziła. Poród odbył się przez cesarskie cięcie. Całej historii nie znam, ale oto, co wydarzyło się rano.

Obchód lekarski poranny. Przychodzi lekarz. Pierwsze z brzegu jest łóżko kobiety z nocnej akcji. Lekarz nie zagląda w ogóle do karty pacjenta. Odbywa się następujący dialog:

— Pani jest w 38 tygodniu.

— Yyy byłam, w nocy cesarka…

— Aha, jak dzidziuś?

— Wszystko ok. A, panie doktorze, to już mogę nie brać tych pigułek? [dostawała pigułki, nie pamiętam na co; popijała je niegazowaną wodą]

— Tak, te tabletki dopochwowe będzie można już jutro odstawić.

„Dobra — myślę — skończ ten teatrzyk.
To nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy”.

NIERÓWNOWAGA

O partactwie lekarzy wiedzą wszyscy. Choćby przez pół życia wszystko było idealnie, to jeden drobny przypadek wystarczy, by odsądzać służbę zdrowia (generalnie) od czci i wiary. Bo też wiele osób nosi w torbie buławę wielkiego marszałka polnego medycznego.  Nie znam się, ale się wypowiem i zmieszam z błotem wszystkich.

Całkiem odwrotnie jest w dziedzinie, którą się param. Wszyscy używamy języka na co dzień (raz lepiej, raz gorzej). Ale uważamy, że się absolutnie na nim nie znamy. Bo na przykład mało co pamiętamy z lekcji języka polskiego. Słowniki więc to dla nas niemal księgi objawione.

Niestety, słowniki te, zamiast być obrazem języka, stają się obrazem samych siebie (przepisywanie), obrazem tego, jak kto myślał o języku. Zamiast być rejestratorem i opisem faktów językowych stają się rejestracją poglądów, a czasem nawet przesądów. To, co w tych słownikach podniesione jest do rangi informacji hasłowych, w Dobrym słowniku trafia potem nieraz do działu „Ciekawostki”.

„Szaleńcy robią sobie rajd po tych torach krzywych.
A ja myślę: trudno, znajdź jakieś pozytywy
i poczekaj na kawałek torów gładszych,
bo to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy”.

DLACZEGO O TYM PISZĘ

Codziennie opracowuję informacje poprawnościowe w Dobrym słowniku (i mam stąd dobry punkt obserwacyjny). I prawie codziennie natykam się na przypadki, gdy autorzy słowników podają odmianę, sposób pisowni, informacje poprawnościowe z kosmosu (zaraz będą przykłady). A może raczej przepisane od poprzedników. Ale dziś jest co najmniej Internet. I nie chodzi tu o śmieciowe w nim treści, tylko o masę wartościowych tekstów, które są w nim udostępniane. To jak z sięgnięciem do karty pacjenta. Pierwsza czynność lekarza, jak pierwszą czynnością leksykografa powinno być sięgnięcie do tekstów źródłowych. Ale po co trzymać się faktycznych danych językowych, gdy użytkownik i tak tego nie zweryfikuje…

Temu, jak powstają słowniki, poświęciłem kiedyś osobny wpis. Kiedyś może napiszę, jak powstaje Dobry słownik. Tak, żeby słownik języka polskiego nie kojarzył się z jedną z najmniej praktycznych rzeczy, jakie istnieją (o tym pisałem tutaj).

Gdy jednak natrafiasz na historię szpitalną, od której rozpocząłem ten wpis, to… Czasem szersza perspektywa lub podobieństwa w innej sferze zawodowej dają ci poczucie, że twoje problemy, złość, to jednak jest wiele poziomów niżej.

„…i chowam gniew. Nie ma go rozpościerać nad czym,
bo to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy”.

A NA ALASCE

mieszka_alaskaJak nazywa się mieszkaniec Alaski? Zobaczmy, co odpowiada „Wielki słownik poprawnej polszczyzny”:

IMGSłownik ten podaje:  Alaskanin, rzadziej Alaskijczyk.

A teraz niech mi ktoś powie, na jakiej podstawie, skoro oba te słowa są praktycznie nieużywane!!

A potem w Internecie tworzy się taki łańcuszek nieprawdy:

Tu problem może stanowić utworzenie nazwy mieszkańca Alaski. Mężczyzna to Alaskanin (rzadziej Alaskijczyk), kobieta – Alaskanka (Alaskijka)

Tak, a mieszkaniec Krety to Kret, a mieszkanka to Kretka.

Jeszcze lepiej jest z przymiotnikiem, słownik mówi: alaski, rzadziej alaskijski. A w uzusie jaki jest najczęstszy wariant przymiotnika? Otóż alaskański. Odpowiednie, aktualne informacje zawiera już Dobry słownik w haśle Alaska.

Powtarzanie informacji od słownika cieszącego się prestiżem, taki łańcuszek nieprawdy, to wcale nie jest rzecz nowa. Zobaczmy, co pisała Jadwiga Puzynina:

Wszystkie, zarówno przyrodnicze, jak i inne neologizmy Knapiusza, powtarzają za nim Troc, Dudziński i Włodek w XVIII w., Linde, Słownik wileński, a nawet w większości wypadków i Słownik warszawski w XIX i XX wieku. Tak to — rzecz zupełnie paradoksalna — nigdy nie używane w języku polskim wyrazy przez dwa wieki figurują jako stałe pozycje we wszystkich ukazujących się słownikach języka polskiego, zupełnie niesłusznie reprezentując słownictwo staropolskie.

(„Thesaurus” Grzegorza Knapiusza. Siedemnastowieczny warsztat pracy nad językiem, Ossolineum, 1961, s. 51)

„Czytam i czuję, że jeszcze jedno zdanie i będę miał wylew.
Rzuciłbym kamieniem, ale rzuca ten, kto rzucać ma czym,
więc to »nic nie świadczy«, »to o niczym nie znaczy«”.

orientacja

CO SŁOWNIKI WIEDZĄ LEPIEJ

Ależ dużo za dużo. Wymyślają nam jakiś kamamber, choć wszyscy piszą camembert (zobacz ciekawostkę w tym haśle). O słownikowym polszczeniu jazzu do postaci dżez można też poczytać w interesującej ciekawostce.

Wymyśla się w słownikach:

  • pisownię punkrock, a zwłaszcza pank rock, choć powszechnie stosowaną jest punk rock,
  • zapisywanie odmiany w postaci do IKE-i, choć wszystkim to nie w smak (porównaj dostępną dla wszystkich, na nowo opracowaną regułę o odmianie takich rzeczowników),
  • zapisywanie odmiany nazwiska Forsyth do postaci Forsysie — tu też dzielimy się bezpłatnie rewolucyjną wręcz regułą językową.
  • odmienianie narcyz w postaci narcyzowie, a powszechnie używa się formy narcyzi
  • i tak dalej, i tym podobne.

Muszę się do czegoś przyznać, właśnie poczułem dumę, że współtworzę Dobry słownik.

„Reguły i dane językowe będą autentyczne, gładkie i proste,
i wyjdzie, że każda celebrytka wolne chwile zaczytuje, nie wiem, Mrożkiem?
To wszystko przyjdzie mi zobaczyć,
a że za czas jakiś, to jeszcze nic nie znaczy”.

PS Cytaty i ich parafrazy za Łoną z piosenki „To nic nie znaczy”.

Poniżej komentują tylko osoby, którym słowa wulgarność, hejterstwo, czepialstwo, spamowanie są znane wyłącznie z definicji w Dobrym słowniku. Inni muszą wiedzieć, że mamy nożyczki i nie zawahamy się ich użyć.

  • Tadeusz

    Ciekawy ten cytat z Puzyniny, pokazuje, że wymyslanie to nasz słownikowy sport narodowy. Życzę panom pomyślnego rozwoju słownika, zwłaszcza w myśl tych szczytnych idei i zasad, które panowie przyjęli. Dobrze byłoby mieć słownik, który oddawalby prawdziwy obraz języka polskiego.

  • Toszczyk

    A mnie się podoba kreowanie słów przez leksykografów, byle nie w nadmiarze. Szkoda, że coraz częściej wyrocznią stają się (nie)miłościwie nam panujący Uzus i dane statystyczne. Ja zdecydowanie większym autorytetem darzę etymologię, hipotetyczną prasłowiańszczyznę i jestem przeciw wszelkim innowacjom, które etymologię słów zaciemniają. O ile aorystu, imperfektu i liczby podwójnej mi nie szkoda, o tyle żałuję, że niepodzielnie panują piesek, szewc, sejm, pieprz itp. utworzone w ramach „ujednolicenia” odmiany, które kompletnie zaciemnia historyczną wokalizację jerów. Tak samo zaciemnia etymologię sztuczna innowacja „mielić” – odmiana kompletnie nieetymologiczna, urobiona na wzór innych czasowników, coby się łatwiej odmieniało. Tak samo sztucznie urobiono „kłuję”, „pruję”. A słowniki niestety to akceptują…
    Jeśli chodzi o ochronę języka, uważam za wzór Akademię Francuską.

    • Akademię Francuską, tak?
      „Francuski np. język literacki miał więcej szczęścia, bo od samego początku, tj. od założenia przez Richelieu Akademii Francuskiej, ustalono zasadę, że o poprawności rozstrzyga tylko l’usage. Układając swój słownik Akademia miała jedynie sprawdzić, czy dany wyraz jest istotnie używany. Kryteria te zachowały dotąd swą wagę, mimo że we
      Francji nie brakło również purystów”. (Jerzy Stempowski, Szkice literackie. Klimat życia i klimat literatury: 1948-1967, 2001)

      • Toszczyk

        Akademia Francuska nieraz zmienia ortografię niektórych wyrazów, aby usunąć anomalie i nieregularności. Ale taka ortografia nie jest obowiązująca, można pisać wciąż po staremu. Poza tym, bardzo podoba mi się, jak oni sprzeciwiają się anglicyzmom i proponują piękne, francuskie zamienniki. Zważywszy popularność anglicyzmów we francuszczyźnie, nie wydaje mi się, by także w ich sprawie rozstrzygał jedynie l’usage.